Pokaż przykład MUSIC ON THE HEAD: Coma 2005 YU55 -in search of the lost chord.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Coma
2005 YU55

Coma


   Nawet nie wiecie ile razy podchodziłem do napisania tego tekstu! Za każdym razem, gdy już, już myślałem, że wiem co napisać, i ręce zawisły nad klawiaturą, aby napisać pierwsze słowo, pojawiały się wątpliwości kończące się powtórnym przesłuchaniem najnowszego dziecka Comy. Każde następne przesłuchanie poprzedzała myśl: "A może coś przeoczyłem, czegoś nie zrozumiałem, coś mi umknęło..." I dlatego piszę o tej płycie dopiero teraz. Ba, piszę, mimo, że wciąż nie jestem pewien, czy zgłębiłem materiał z tego albumu na 100%. Czy w takim razie jestem upoważniony do wygłaszania jakichkolwiek opinii, skoro sam przyznaję, że nie ogarniam? No właśnie. Może jedynym usprawiedliwieniem będzie fakt, że czuję, że już bardziej tej płyty nie ogarnę, więc mój proces zapoznania się z nową muzyką Comy dobiegł końca. 
   Skąd we mnie aż takie dążenie do poznania "2005 YU55"? Cóż, lubię ten zespół i kibicuję mu od pierwszej płyty (którą zresztą uważam za najlepszą jak do tej pory). Na ten album zespół kazał czekać skromne pięć lat. Po drodze Piotr Rogucki wydał ze wszech miar ciekawą płytę "J.P. Śliwa", co zresztą na pewno miało wpływ na powstanie "2005 YU55" ponieważ sam pomysł jest w zasadzie identyczny -obie pozycje opowiadają jakąś spójną historię, są zwartą całością, a nie zbiorem piosenek, którym niewątpliwie był poprzedni album grupy, zwany przez kolor okładki "Czerwonym albumem".
   Skoro widzę podobieństwa pomiędzy "J.P.Śliwą" a "2005 YU55" to może wrażenia po przesłuchaniu będą podobne? Otóż niestety nie... O ile solowe dokonanie Pana Roguckiego jest dziełem naprawdę bardzo ciekawym, to ostatni album Comy jest tak zdominowany przez wokalistę, że praktycznie rzecz biorąc mógłby to być jego kolejny solowy album. Całość opiera się na jednym utworze Pana Piotra, który został rozpisany na poszczególne piosenki. Efekt jest taki, że całość jest okropnie przegadana, co przy materiale trwającym ponad 77 minut daje efekt znużenia już w połowie. Szczerze przyznam, że pierwsze przesłuchania albumu kończyły się nerwowym zerkaniem na wyświetlacz odtwarzacza cd żeby sprawdzić ile jeszcze, do cholery, zostało do końca. Przeszkadza także maniera wokalna Pana Roguckiego. We wcześniejszych płytach słychać pełną paletę jego możliwości wokalnych, a tutaj tekst jest wręcz w niektórych momentach monotonnie wyszczekany. Jedynym momentem, w którym słychać co wokalista potrafi (a potrafi przecież dużo!) to... No właśnie, nie pamiętam w jakim to było utworze! Wszystko zlało się w jedno i teraz ciężko wyłuskać te co ciekawsze fragmenty. Poczekajcie chwilę, muszę poszukać. Nie, no kurcze, nie znajdę... Całego albumu jeszcze raz już nie chce mi się przesłuchiwać.  Ale jak zaśpiewał w "Łąka 1" to ja po prostu wysiadam. Nie da się tego słuchać.
   A muzycznie? Tu jest o wiele lepiej. Zespół odszedł od typowo rockowego grania, słychać tu sporo elektroniki. Każdy kawałek jest inny, zawiera ciekawe aranże, ale żeby to wszystko usłyszeć, trzeba sobie jakoś w głowie "wyłączyć" wokalistę. Podczas któregoś z kolei odsłuchu przyłapałem się na rozmyśleniach, jak by ta płyta brzmiała, gdyby wywalić wszystkie wokale. I wiecie co? Doszedłem do wniosku, że wtedy to by była naprawdę fajna muzyka!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza